z Łodzi do Paryża

PIECHOTĄ

NEWS - - - - najnowsze wieści z wyprawy - - - - NEWS
Zdjęcia: "Przed" i "Po"

Fotografie prezentowane na wystawie Z MOJEGO OKNA. ARTYŚCI I ICH TERYTORIA w Ecole Nationale Superieure des Beaux-Arts w Paryżu.
www.ensba.fr


dodał: jo   w dniu: [ 2005-01-14 ]



Dzień 1
Wędrówka rozpoczęta



No i zaczęło się.
Pierwszy odcinek Łódź - Sieradz (65km) pokonany.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-18 ]


Dzień 2

Sieradz - Kępno, 74 km, od godz. 7.20 do 20.10. Tak jak przeczuwałem, dziś i jutro to najciekawsze dni z całego wypadu. Wszechobecne zakwasy i zbita stopa to gratisy z trasy. Mimo to robię dystans, bo pogoda dobra.

dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-17 ]


Dzień 3

Kępno - Wrocław, 78 km. Jak na razie to zasiadam i zajadam. Po 30 kilometrze zmieniłem buty. Nie wiem kiedy dojde. Jest godz. 14.30 i 40 km do mety.



dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-17 ]


Dzień 4

Wrocław - Środa Śląska - Legnica (62 km). Deszcz. Piękny odcinek drogi polnej. Rasowe rozmowy z mieszkańcami wsi. Jutro ma być "sajgonik pogodowy" tzn. mniej iścia.

dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-18 ]


Dzień 5

Nocleg 14 km od granicy. Przełomowy dla mnie dzień. Po 30 kilometrze i 3 mocnych piwach wymyśliłem cały koncept wystawy do Hamburga. Wreszcie ważny moment kreacji.

dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-19 ]


Dzień 7

Gdy znajdziecie czas, trochę chęci to udajcie się pieszo z Drezden do Freital, najlepiej po piwie i z dobraną muzyczką na uszach. Tuż po przejściu przez tunel w skale patrz!

dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-22 ]


Dzień 10

Awaria przekładni stawowo-kolanowych. Nie mogłem się ruszyć. To przez te zbędne kilogramy w plecaku. Dlatego też zrobiłem dzień przerwy. "Odszczurzyłem" się w całości, nawet podciołem brodę, bo wchodziła w suwak bluzki. Zgoliłem wąsy, które wchodziły w skład posiłku.
60% zawartości plecaka wysłałem w paczce do kraju - tym samym osłabiłem i wzmocniłem szanse na moje dojście do Paryża.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-26 ]


Dzień 11

24 listopada - nowy rozdział mojego marszu. Plecak lekki, koniec śniegu i deszczu, dobra muza na uszach... i teraz czuje, że idę.

Dopiero o godzinie 1.20 w nocy znalazłem nocleg.



dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-26 ]


Dzień 12

63 kilometrowy odcinek: Schleiz - Saalfeld. Dobry kawałek dziczy, bezludzie totalne.
Jak zapada zmrok i gnam przez gęste bory nożyk mam otwarty.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-02 ]


Dzień 13

Piątek 26 listopada. Saalfeld - Suhl, około 60 kilometrów. Dróżki, ścieżki, szlak no i słońce, lasy, góry. Nic dodać, nic ująć!

dodał:    w dniu: [ 2004-11-29 ]


Dzień 14

27.11.04. Sobota ... Suhl-Meiningen-Bischofsheim / 66km

Dziś: chodziłem po szlaku, tropiłem ślady jakiegoś człowieka, słuchałem muzyki, trochę jadłem, piłem, odmówiłem podwiezienia, dopadły mnie 3 głodne koty, znalazlem portfel/pusty/dużo śpiewałem i rozmyślałem co
dalej... podziwialem widoki, sprawdzałem mapę, pisałem notatki,
fotografowałem, robiłem też szkice i inne leśne potrzeby.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-11-30 ]


Już ponad połowa drogi pokonana... Komentarz bardziej ogólny.

Jestem trochę rozczarowany tzn. wysiłek fizyczny, jaki mi towarzyszy nie pozwala na swobodne balansowanie w obszarach jawy, na które tak liczyłem /choć trafiają się rodzynki / na bezrobocie rąk nie mogę narzekać, bo i nie wysyłają mi sygnałów, tak jakby miały zasłużone ferie... za to nogi, gdy tylko chcę zasnąć po prostu mi chodzą, nie mogę się do tego przyzwyczaić i często za nim zasnę minie z 30 min.

Na pewno "wędrówka" ma swoje inne odkrycie, a jest to ssanie intelektualne... porywam byle dno ... jakąś brukową gazecinę i chłonę ją jak powietrze... ostatnio wyjąłem cały stos podrzucanych codziennie do skrzynek gazet, by dowiedzieć się jakie porcje wiedzy połyka przeciętny Niemiec... wynik i wniosek jaki z tego popłyną pozostawię dla siebie... bo jeszcze nie wyjdę cało z terenów gotykiem pisanych.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-02 ]


Dzień 20

3 grudzień. Powoli tracę chęci do opisywania mojej wędrówki. Nie jest to mądre pisanie, o tym jak padam z nóg a i chata daleko...

PS Jutro mam przejść Luksemburg.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-06 ]


Dzień 21

4 grudzień. Dzień jak co dzień, a jednak inny.
Stepowałem dziś w (Lux), na chwile w (D), ponownie w (L), zawitałem do (B), by ominąć autostradę i trafiłem do Longwy (F).
Chyba chodziarka mi się zepsuła.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-06 ]


Zapis rozmowy telefonicznej z 6 grudnia.

Jo Zielińska:
Czy spełnia się twoje założenie, że „odmłodniejesz” w czasie wędrówki?

Robert Kuśmirowski:
Młodnieje. Ręce nic nie robią, tylko cały dzień marsz, który powoduje że magazynuję energię.
Przed wyjściem zrobiłem w Łodzi fotografię, pokażę ją razem z drugą –zrobioną w momencie przyjścia do Paryża. Myślę, że będzie zaprzeczeniem tej pierwszej. Zgoliłem wąsy, z uwagi że bardzo mi przeszkadzały w posiłku, a nie było czasu na toaletowanie się – trzeba było jeść i iść dalej. Tak naprawdę ta zrobiona w Łodzi powinna być druga. Teraz wyglądam jakbym był 10 lat młodszy.

Jo Zielińska:
A jak znosisz samotność?

Robert Kuśmirowski:
Czuję się jakbym był w więzieniu albo szpitalu.
Nocuję w pensjonatach, hotelach, czasami są to domy prywatne. Bywa, że rozpisuję swoje projekty, czasami nie mam siły na nic. Jednak podczas dnia i części wieczoru maszeruję. No, jest to wyczyn i nie ma momentu, żeby rozmyślać o sztuce, nie ma też takiej chwili, gdzie doznaje się jakiś niesamowitych wrażeń. Jest to po prostu kawałek wysiłku fizycznego całkiem innego niż podczas tych moich realizacji, podczas gonitwy jaką miałem przy przygotowywaniu wystaw.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-08 ]


Zapis rozmowy z 7 grudnia. Cztery dni do zakończenia wędrówki.

Jeszcze coś o samotności...

Na początku dużo wiary było w tym wszystkim. Nie zwracałem uwagi na to, że nie ma nikogo dookoła. Samotności nauczyłem się w szpitalu jako dziecko, gdzie zostawały mi tylko cztery wybielone ściany.
W Niemczech, już po przekroczeniu granicy pojawił się problem noclegów. Tam żeby dojść do składu i ładu, jeśli chodzi o noclegi, trzeba było nachodzić się dodatkowo. Ilość pokonanych kilometrów zwiększała się z uwagi na to, że szedłem dalej by znaleźć coś do spania. Pukałem do drzwi, pytałem o pokoje gościnne. Był też przypadek zaraz za Dreznem, że jedna osoba zadzwoniła do znajomej wiedząc, że ona prowadzi tego typu usługi. Osoba ta przyjechała po mnie wiedząc, że ja nie mam żadnego transportu. Dostałem chyba najpiękniejszy apartament ... po prostu mieszkanie z całym wyposażeniem. Dobrze się wtedy poczułem. Mimo bariery językowej udało mi się nawiązać kontakt po angielsku z osobą, która prowadziła ten dom. Pojawiła się chęć bycia z kimś, przeprowadziliśmy kilka rozmów.

We Francji martwota totalna. Brak osób i zabudowań. Plantacje, plantacje i jeszcze raz plantacje. Jak pojawiło się coś na horyzoncie to totalnie zaryglowane, z napisami do sprzedania. Nawet nie można było zapytać ile jest jeszcze kilometrów do jakiejś wsi. Tablice albo zlikwidowane, albo przez kogoś sprzątnięte. Przez cały dzień usta były zamknięte, tylko głowa pracowała mocno, słuchałem muzyczki. Gdyby nie muzyka to chyba zakończył bym projekt gdzieś wcześniej, nie w Paryżu tylko gdzieś w Niemczech – szaleństwem jakimś.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-08 ]


Zapis rozmowy z 7 grudnia.

O konsekwencjach (nazwijmy to intelektualnych) wędrówki...

Jeśli chodzi o samo wyjście, tak jak wspomniałem – założeniem było wykonanie i pokazanie dwóch fotografii. W czasie wędrówki pojawiły się w rozmyślaniach inne wątki wystawowe, odnośnie tego co sobie planuję. Oczywiście poukładałem wystawy, które odbędą się w Kunstverein w Hamburgu w styczniu i w grudniu, później w Van Abbemuseum w Eindhoven, jeszcze kilka wystaw które planuję za dwa, trzy lata. Czyli mam juz jakby sprawę domkniętą, bardzo mocno przemyślaną. Czasami nawet nie wiem gdzie wystawa będzie, a już dochodzę do momentu, gdzie myślę nad detalami, jakimś drobiazgami, zmiany mogą być przelotne, a całość trzyma się kupy.

Jeśli chodzi o rewolucję w sztuce, to myślę że cała refleksja nad wymarszem przyjdzie bardzo szybko, zaraz po przyjściu do Paryża. Nawet jak robię wystawę, nie odchodzę na bok, żeby ją zobaczyć. Dopiero jak już skończę, a robię jeszcze pięć minut przed otwarciem, to wtedy dopiero pojawiają się pytania, na które muszę odpowiedzieć, tak też będzie i tym razem. Będę miał jeszcze sześć dni do otwarcia.

Jeszcze co do sztuki, to pojawia się kwestia mojej konsekwencji i dużego wysiłku przy pracy. Chciałbym iść na całość, co nie znaczy że nie szedłem dotychczas na całość. Chciałbym pozyskiwać jakieś nowe środki, wpiąć w to inne osoby, czyli działać nie tylko w samotności. Przypomniały mi się lata zespołowe, muzyczne, kiedy każdy wnosił jakiś ułamek i powstawała muzyka wymyślona wspólnie. Chciałbym iść na improwizację i wspólpracę. Zobaczymy na ile mi się to uda, bo jednak zamysł musi wyjść od jednej osoby, musi być do bólu dopięty, przemyślany, każdą potyczkę trzeba przewidzieć.

Mógłbym jeszcze ten czas, który mi został wykorzystać na wędrówkę po 10 kilometrów dziennie, ale to nie o to chodzi żeby wypoczywać, chodzi o wyczyn.
Cały czas myślę o tym, żeby dojść, znaleźć nocleg. Uruchomił mi się instynkt przetrwania, nie instynkt rozumowania o tym co będzie póżniej. Chwila obecna jest najważniejsza.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-08 ]


Ciąg dalszy rozmowy z 7 grudnia.

O dokumentowaniu podróży...

Fotografie, które wykonuję w czasie trasy nie powstają w taki sposób, że nagle widzę coś pięknego i decyduję się na ujęcie. Średnio co godzinę, co dwie rejestruję aparatem widok przede mną, kieruje obiektyw w stronę trasy, horyzontu. Cały czas jest to widok jaki mam przed sobą, kiedy idę w dzień. Wyjdzie mi około 300 fotografii. Myślę że gdybym pokazywał je, jako fotografie Roberta Kuśmirowskiego z wędrówki pieszo z Łodzi do Paryża, to sporo osób przyszłoby z ciekawości, jak to wygląda. A tu nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pustka na drogach, szarzyzna, nic więcej.


dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-08 ]


Środa, 8 grudzień. Dwa dni do zakończenia projektu.

Ciekawe zjawisko - zobaczyć łunę dużego miasta, w którym się bedzie za dwie godziny.

dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-10 ]


Ostatni dzień wędrówki.

10 grudzień. Dziś około godziny 15.00 Robert Kuśmirowski dotrze do Paryża. Już wkrótce komentarz autora.

dodał: jo   w dniu: [ 2004-12-10 ]


Poddając się procesom ¨przemieszczania¨ musisz coś zostawić i coś ze sobą wziąć...

Ciężko będzie przeobrazić w słowa moje wnioski i wspomnienia z trasy, ciężko było je też zapisać zaraz po dotarciu do jakiegoś hotelu, pensjonatu.

Cały czas myślę, że do takich rozważań potrzeba trochę czasu by ów wniosek mógł się pojawić.



Do samego projektu, by chodzić, nie potrzebowałem natchnienia czy też konkretnego powodu. Jednak projekt pójścia pieszo z miasta Łodzi /w którym się urodzilem/ do miasta Paryż /o ktorym wiedzą prawie wszyscy i że jest miejcem wszelakich zmian/ był pretekstem by ukazać jak wysiłek fizyczny może nam sprzyjać, a nawet być partnerem w większości przypadkach i podejmowanych decyzjach o ile jesteśmy w stanie się do tego przyzwyczaić /codzienne pokonywanie dystansu sprowadziłem do rutyny, co nie powodowało u mnie zmęczenia/



Podmiotem wystawy będą tylko 2 fotografie, 1-wykonana przed wyjściem /Łódź/, 2-wykonana zaraz po przybyciu /Paris/.



Na 1-szej

jestem ¨w klimacie powystawowym¨ wyraźnie zmęczony i niepewny czy wszystko zabrałem co by mogło się przydać…wygląd mój wskazuje na pokonanie jakiegoś wysilku. Bylem dokładnie dzień po ostatniej wystawie. Takich wystaw w tym roku 2004 miałem ponad 20 i codziennie wykonywałem jakąś pracę, czasem kilka jednocześnie. Potraktowałem ten rok bardzo wyczynowo, wiedząc jakie mam możliwości i licząc na profity z tytułu często pojawiającej się improwizacji tzn. walka z administracją, terminami, o materiały, czasem z codziennością prywatną itp. zmieniały moje plany, a przy tak napiętym rocznym planie musiały padać diametralne zmiany i decyzje. W wiekszości przypadkach dochodziło do experymentu, a w wyniku czego do polepszenia wcześniejszej koncepcji.

Ogólnie miała to być fotografia, która wyraźnie opowiadałaby o moim przyjściu z takiej wędrowki, a nie starcie. /fot w zalaczniku/



Na 2-giej

mój wygląd uległ wymłodzeniu za sprawą ¨bezrobocia rąk¨, szpitalnych pór kładzenia się do snu i wstawania oraz przysposobienia się do wędrówki tego typu.

Przysposobienie polegało na wytrenowaniu się do pokonywania trasy / średnio 60 km dziennie/, zgoleniu wąsów, które natrętnie wchodziły w skład mojego posiłku, a nie było czasu na długie toaletowanie, przycięciu brody, tak nieszczęśliwie przycinanej przez suwaki polara i peleryny. Największą niedogodnością stało się jednak ¨tankowanie organizmu chodzącego¨. Spożywanie pokarmów musiało się odbywać na trasie, by nie tracić czasu i nie rozleniwiać się zbyt często, co mogłoby doprowadzić do skoków temperaturowych i stanów chorobowych.

Do wykonania 2 fot. Musialem znaleźć podobną scenerię do 1-szej fot. /co nie było trudne/ by nie naprowadzać widza na trop ¨jakie to miasto¨.Równie dobrze mogłem przejść z ulicy na ulicę, by taki dialog zaistniał, dialog dotyczący mojej zmiany fizycznej i sensu pokonywania danego dystansu.



W dzieciństwie, pewnego popołudnia wpadłem na pomysł by biec do granic wytrzymałości dookola terenu przedszkola...jakies 450m /1 okrążenie... tak też uczyniłem. Pamiętam, że mialem asysty na rowerach i liczną publikę balkonową, doczekałem też zmroku, a ilość okrążeń? - równo 60.

Dlaczego tyle? Nie mam pojęcia, ale zależało mi by pokonac dużą ilość okrążeń.



W wieku 20 lat razem z kumplem wyruszyliśmy w stronę jego działki nad jeziorem ok. 45km. Ubrani w stroje wojskowe zabraliśmy wino i długie paluszki z makiem. Trasa była wesoła /prawie od knajpy do knajpy, ale w latach 90-tych tak dużo to ich nie było/. Gdy doszliśmy na miejsce nie mieliśmy już ochoty na wino z plecaka, tylko na sen. Kolega miał dużą przewagę, był mniej zmęczony - nabijał się z moich odpoczynków itp. Dobrze znał trasę i co 5 km mówił mi, że to jeszcze tylko parę km. Taka ¨oszukana¨wiadomość pozbawiała mnie wiary w dojście do celu. Pamiętałem ten przypadek podczas mojej wędrówki do Paryża i faktycznie jest o wiele lżej jeśli wiemy, ile mamy iść i jeśli mamy też pewność, że będzie jakiś nocleg na nas czekał.



Przygotowania do mojej wędrówki nie było. Była jedynie pewność, że jestem długodystansowcem i pewnie sobie poradzę. Tak też było, pierwsze dni pokazały moją głupotę. Nie dbałem o równe rozplanowanie siły, co zpowodowało dzień przerwy już w pierwszym tygodniu /obtarcia, obolałe ścięgna i stawy/. Zdecydowałem również, że pozbawię się części mojego ekwipunku wysyłając paczkę do domu, rezygnując z ciuchów na zmianę, termosa i innych ¨bubli¨. Po części to było powodem stanu moich nóg. Później trasa nabrała innego sensu – cześciej pojawiały się rozmysły dotyczące następnych moich projektów i próby postawienia sobie odpowiedzi na róźne pytania często pochodzenia artystycznego.

14.11.2004r godz 9.07 -3 tak datowany jest start mojej wędrowki 10.12.2005r godz 16.20 moje przybycie do Paryża /Plac de Republic/

Miejca w których się zatrzymywałem: hotele, pensjonaty, domy prywatne, często i gęsto były z tym problemy. W miastach, wioskach, do których zawitałem nie można było liczyć na nocleg kiedy nie ma sezonu turystycznego. Często też musiałem opowiadać /nieskładnie/ połowę mojego projektu, by ruszyć sumienia co kończyło się skierowaniem do innych domostw /a kilometry lecą/, w najlepszym układzie dzwonili z zapytaniem do innych znajomych.

Co do reakcji ludzi napotykanych przy trasie... nic nie mogę powiedzieć, bo takich na trasie nie było. Jest całkowity brak osób pieszych na trasach i w mniejszych miasteczkach, jedynie spotkałem 1 os. na szlaku i wytropiłem jedne ślady na drodze, ślady biegnącej osoby /pościg nie miał sensu/. Natomiast szereg min zdziwienia i chwil zaskoczenia dało się zauważyć u osob podróżujących za sprawą samochodu czy roweru. Może fakt ze miałem słuchawki /duże studyjne/ na głowie przypominał im kogos z kosmosu, jednak po analizie lusterkowej mój wygląd raczej przypominał osobe kontrolującą ruch na pasach lotniska /skafandry, świecące kable, aparat, wspomniane słuchawki itp./.



Tuż przed wyjściem w trasę odcisnołem swoje stopy w 112 ceglach /triumf siły nad materią/ działanie banalne – odcisnąć stopę w jeszcze mokrej glinie, ale efekt końcowy /po wypaleniu cegły/ wygląda dość wymownie.

Cegly trafiły na "Targi taniej sztuki" organizowane przez Galerię Raster.



Artystycznym smaczkiem w całym tym projekcie chodzenia z miejsca do innego miejsca /Werner Haerzog, Peter Handke, Brancusi i Buscher/ jest moment refleksji nad dokonaniami z ostatniego okresu, jak i ich porzucenie lub chwilowe rozstanie. Poddając się procesom ¨przemieszczania¨ musisz coś zostawić i coś ze sobą wziąć. Następuje życiowa roszada, czasem spora, czasem prawie niewidoczna. Samo chodzenie uczy, a nawet uczenie następuje samoczynnie wystarszy ruszyć w drogę. Takim zabiegom chciałem się poddać i jak już wspomniałem na profity z tego tytułu przebytej drogi będzie trzeba jeszcze poczekac.








dodał: jork   w dniu: [ 2004-12-14 ]


Zdjęcia: "Przed" i "Po"

Fotografie prezentowane na wystawie Z MOJEGO OKNA. ARTYŚCI I ICH TERYTORIA w Ecole Nationale Superieure des Beaux-Arts w Paryżu.
www.ensba.fr


dodał: jo   w dniu: [ 2005-01-14 ]